Zapraszam na rozdział drugi i proszę o komentarze, to bardzo motywuje :)
###
Haely żuła gumę z pozornym spokojem, chciała nie dać po sobie poznać tego, że tak naprawdę jest prawdziwym kłębkiem nerwów. Wyczuwały to jednak cienie, które kłębiły się wokół stóp dziewczyny, ciemnym falującym pierścieniem gotowym rozproszy się i zaatakować. Źródło niepokoju dziewczyny stało odwrócone do niej plecami. Była to czarna sylwetka w ciemnym pomieszczeniu. Postać przyglądała się miedzianemu globusowi, na którym jarzyły się tysiące małych jasnych światełek. Światełek, które Mrok za wszelka cenę chce zgasić.
-Powiedz mi dlaczego zwlekałaś.- rzekł Czarny Pan nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem. Ona zaś wciąż wpatrywała się w jeden punkt w jego cień. Jedyny cień, nad którym nie mogła zapanować. Gdyby nie dała się zaskoczy w tamtym zaułku, gdyby jej cienie go zaatakowały i sprowadziły do Istoty Rzeczy... byłaby wolna.
Nie musiałaby się płaszczyć przed idiotą w czerni z ego wielkości Mont Everest.
Nie chciała do niego dołączy . Gadki typu "będą w nas wierzyć", "będziemy razem rządzić światem". "nic bardziej do siebie nie pasuje niż ciemność i cień" w ogóle jej nie ruszały, bo- uwaga wielkie zaskoczenie!- cieniowładna wolała pozostać w cieniu. Ale Mrok nie mógł sobie pozwoli na utratę cieniowładnej więc znalazł na nią mocny haczyk. Haely była bezbronna wobec koszmarów, które były na pograniczu materii i antymaterii i nie posiadała cienia. Cień atakuje cień, nie może go zniszczyć, ale odesłać do Istoty Rzeczy, ale jeśli coś nie ma cienia... cała moc dziewczyny na nic się zdaje, a Czarny Pan konsekwentnie wykorzystywał swoją przewagę nad nią. A Haely mimo, że miała już na karku ponad sto pięćdziesiąt lat wolała jeszcze trochę pożyć. Cieszyła się, że nie znalazł jej wcześniej, bo dostał sporego kopa od Strażników. Mimo to, że była panienką na posyłki- co okropnie ją wkurzało i doprowadzało czasem do szewskiej pasji- lubiła go irytować (np. przefarbowaniem końcówek na znienawidzony przez Mroka kolor: biały) to miała go głęboko w...
-Odpowiadaj- zwrócił się w jej kierunku. Patrzyła w jego złote oczy i skrzyżowała ramiona na piersi.
-Nie mam zamiaru- burknęła. Koszmary kłębiące się przy ścianach, na sufitach, dosłownie wszędzie zasyczały na nią gardłowo, a po jej plecach przeszedł zimny dreszcz. Jeden z koszmarów podbiegł do swojego pana i zaczął wpatrywać się w dziewczynę przeraźliwymi żółtymi ślepiami. Haely dałaby sobie rękę uciąć, że widział w niej przekąskę.Bezbronną przekąskę. Koszmar robił powolne kroki w jej stronę. Dziewczyna zaczęła się cofa, a cienie otoczyły ją jeszcze ciaśniejszym ochronnym kordonem. Gdy chciała się cofnąć o jeszcze jeden krok natrafiła stopą na pustkę. Przepaść, dotarła do krańca, nie ma gdzie uciec.
-Pytam się po raz ostatni. Dlaczego zwlekałaś?- Koszmar klapnął paszczą, a dziewczynie aż zakręciło się w nosie od jego siarkowego oddechu. Co za smród, ohyda. Przełknęła dumę, i wycedziła:
-Przypomniałam sobie jak mnie pierwszy raz otoczyły cienie- prawie wywarczała przez zęby. Mrok się roześmiał, nawet ten durny koniopodobny koszmar, któremu cuchnęło z paszczy zaczął parskać ze śmiechu.
Ta bardzo zabawne, przekomiczne. Miała wtedy siedemnaście lat i jeszcze nie wiedziała, że nie żyje. Była zagubiona, przerażona, nie wiedziała co się dzieje. Cienie biegły do niej ze wszystkich stron, a ona próbowała od nich uciekać, chociaż nie miała powodu się ich bać. Wszystkie wolne cienie (cienie, które nie są połączone z żadną istotą lub przedmiotem, cienie należące do tych przedmiotów i istot, które zginęły dawno temu lub dopiero miały się pojawić -cienie w przeciwieństwie do istot, z którymi są połączone nie giną, ani się nie rodzą. Po prostu są) lgnęły do niej jak ćmy do ognia. Chciały by nadała im kształt i wartość, była ich panią, a one to czuły.
-W naszej Haely obudziło się sumienie, serduszko jej drgnęło!- Mrok zaśmiał się jeszcze raz, ale opanował wybuch wesołości.- Ale zgubiłaś ją w portalu- jego głos stał się groźny. Koszmar supił się w sobie i już miał na nią skoczyc gdy powiedziała:
-Wiem jak ją znaleźć!- Mrok dał znak ręką i koszmar zawisł w powietrzu tuż przy twarzy dziewczyny, która odetchnęła z ulgą. Na prawdę nie chciało jej się żegnać z "życiem".
-Jest przerażona. Wystarczy teraz tylko włączyć jakiekolwiek media i zaraz usłyszymy o jakiejś pogodowej anomalii albo o śnieżycy stulecia. A teraz chciałabym już sobie pójść, znudziło mnie to.- zrobiła balona z gumy dla potwierdzenia swoich słów, ale nie udało jej się nikogo oszukać. Koszmar rozwiał się w powietrzu, a dziewczyna otoczona syczącymi cieniami poszła na drżących nogach w stronę wyjścia.
***
Wiadomości z ostatniej chwili! Ogromna śnieżyca nawiedziła Florydę, mieszkańców prosi się o zachowanie spokoju i pozostanie w domu. (Współczuję plażowiczom. hehe. dopis autorki).
***
Elsa nie wiedziała gdzie jest, nie wiedziała też za bardzo co się stało. Była nad jeziorem, otoczyły ją cienie, a potem... a potem znalazła się tu i jakaś pędząca metalowa maszyna na kołach o mało jej nie przejechała! Gwałtownie odskoczyła na bok, o mało nie wpadając pod kolejną podobną maszynę. Słyszała ogłuszający dźwięk klaksonu samochodowego i gniewny krzy kierowcy:
-Patrz jak leziesz wariatko!- Dziewczyna jeszcze nigdy nie widziała nic podobnego. Była zdezorientowana i przerażona. Wokół niej zaczęła tworzy się śnieżyca, a drogi zamarzały. Kilka samochodów wpadło w poślizg. Wszędzie było słychać tylko pisk opon. Dziewczyna zaczęła uciekać. Przedzierała się przez również uciekający tłum Nie widziała nic co było jej znane. Budynki były szare, ogromne i ponure, a ich iglice kaleczyły niebo. Potknęła się o coś. Upadła na asfaltową ulicę. W jej kierunku pędził samochód, kierowca albo jej nie zauważył, albo nie miał zamiaru hamować. Elsa uniosła dłoń w obronnym geście. Lodowe kolce przebiły pojazd na pół. Koła jeszcze się obracały, a przed kierowcą wybuchła poduszka powietrzna. Dziewczyna nie wiedziała co to jest i wystraszyła się jeszcze bardziej. Jedyne o czym w tej chwili marzyła to to, aby to wszystko okazało się tylko koszmarem, a ona obudzi się w swoich lodowych komnatach.
-Stać jesteś otoczona!- usłyszała krzyk. Zobaczyła kilku mężczyzn w granatowych uniformach. Mierzyli do niej z broni. Elsie przypomniało się jak na nią polowano, uniosła dłonie i odgrodziła się lodowym murem od napastników. Śnieżyca stała się jeszcze bardziej groźna i natarczywa. Mężczyźni zaczęli strzelać w ścianę lodu. Lodowe ostrza wystrzeliły z jej dłoni w około. Trafiały we wszystko, w porzucone samochody. Fala mocy przetoczyła się przez jej ciało i wylała się. Zakręciło się jej w głowie i upadła na kolana. Dopiero po kilku minutach gdy rozglądała się po oblodzonych i ośnieżonych wrakach dotarło do niej, że właśnie zamroziła całe miasto.
***
Jack leżał na łóżku w swoim pokoju i wpatrywał się w sufit raz po raz odbijając od niego mała piłeczkę. Nagle drzwi się otworzyły, Jack wpierw myślał, że elfy wreszcie przyniosły mu kanapki, o które prosił dwadzieścia minut temu. Mylił się jednak, bo stał w nich poczerwieniały z wściekłości North ze skrzyżowanymi ramionami.
-Jack!!!- wrzasnął, a białowłosy myślał, że od tego krzyku zaraz odpadną mu uszy. Zakrył je rękoma i się skrzywił.
-Rozumiem, że się zdenerwowałeś, ale to nie jest powód by zamrozić miasto na Florydzie!!!- chłopak zerwał się na równe nogi.
-Ale to nie ja!- zaprotestował. Nic nie zrobił, był w swoim pokoju na biegunie północnym.- Byłem tu cały czas, on świadkiem.- wskazał na elfa, który właśnie przechadzał się korytarzem jedząc kanapkę, która miała być jego. Elf zatrzymał się wpół kroku, przełknął kęs i wskazał na siebie jakby pytając "ja?".
-Tak ty, powiedz mu, że jestem niewinny i tkwiłem tu cały czas!- elf wziął sporego gryza i potrząsnął głową, potwierdzając słowa chłopaka, a dzwoneczek na jego czapce brzęczał opętańczo. - Dobrze wiesz, że nie umiem zamraża na odległośc, więc to nie ja.- oparł się o swoją laskę. Według niego Northowi potrzeba było trochę luzu. Święty zbaraniał.
-Ale skoro nie ty... to kto?- i to było dobre pytanie. Pytanie, na które oboje chcieli znaleźć odpowiedź.
elsa i jack
poniedziałek, 16 marca 2015
czwartek, 12 marca 2015
Rozdział 1
Mała dziewczynka kończyła swoje
dzieło. Uśmiechnęła się ciepło, a jej oczy lśniły. I nagle.. Bam! Kolejny
idealny bałwanek został brutalnie zamordowany przez jej starszego brata.
-Jamie!-wrzasnęła Sophie i
zgromiła spojrzeniem swojego brata,
który próbował wyjść z tego co zostało po bałwanie. Dziewczynka poczerwieniała,
tupnęła nogą i powiedziała:
-Ja się tak nie bawię, idę do
domu.- pomaszerowała przez ośnieżone podwórko z zaciętą miną, kątem oka oglądała
toczącą się za nią bitwę na śnieżki. Kapucha bezsprzecznie wygrywała i zaczęła
nacierać śniegiem Jamiego. Sophie uśmiechnęła się pod nosem. Obok niej
przebiegł jej wierny pies. Chart o imieniu Abby. Pogłaskała suczkę za uchem i
otworzyła drzwi do domu. Abby otrzepała się radośnie ze śniegu, a dziewczynka
zamknęła za sobą drzwi. Podeszła do wieszaków i zdjęła z siebie zieloną kurtkę
i fioletową czapkę w zielone wzory. Nie zawracała sobie głowy rozwiązywanie
sznurówek butów i pobiegła do swojego pokoju zostawiając na podłodze mokre
ślady. Usiadła na łóżku i wzięła w swoje rączki swoją ulubioną maskotkę.
Szarego królika, wpatrywała się w jego czarne oczy z guzików. Przypomniał jej
się Zając, ten prawdziwy Zając, z którym malowała pisanki, uśmiechnęła się na to
wspomnienie.
-Cześć zajączku. Ja nie chcę już
zimy, chcę wiosnę. Nie lubię zimy, bo Jamie ciągle rzuca we mnie tymi
przeklętymi śnieżkami, proszę spraw by już nadeszła wiosna. Proooooszę-
wyszeptała z nadzieją w oczach i pobiegła do okna. Nic się nie zmieniło. Jej
brat toczył bitwę na śnieżki z przyjaciółmi. Patrzyła jak się śmieją, wspaniale
bawią bez niej. Nie zdziwiłaby się gdyby nikt nie zauważył jej nieobecności.
Śnieg leżał na podwórku i ulicach, nawet nie zamierzał topnieć. Sophie
westchnęła i usiadła z powrotem na łóżko. Zima dopiero się zaczynała, a ona już
miała jej serdecznie dość.
***
Tuż pod oknem od pokoju
dziewczynki siedział dziwny cień. Bez właściciela, bez kształtu. Gdy usłyszał
prośbę dziewczynki wypowiedzianą do pluszowej zabawki wyprostował się jak
struna i popędził dalej. Ukrywał się w innych cieniach. Stając, rozglądając się
czujnie. Chował się w cieniach zabawek pozostawionych na śniegu, bałwanów.
Przybierał różne kształty i rozmiary. W końcu znalazł cel swojej podróży, małą
studzienkę, do której się wślizgnął, i w której przepadł wśród ciemności.
***
Młoda dziewczyna zaciągnęła
mocniej na głowę kaptur czarnej bluzy, spod którego wystawały gęste, długie do
ramion czarne włosy z białymi końcówkami. Wdepnęła w kałużę, na jej blade obliczę
wypłynął grymas. Durna gołoledź, śnieg na poboczach ciapa na drogach, przez to
nogawki jej ciemnych jeansów zawsze pozostawały mokre, na szczęście jej
ulubione czarne glany nigdy nie przemakały. Wsadziła słuchawki w uszy i szła
dalej.
-Haely! Haely!!!- Słyszała cichy
lecz wściekły głos przez ostrą muzykę grającą w jej uszach. Zignorowała go jak
zawsze. Cień rzucany przez mijaną przez nią skrzynkę na listy przybrał kształt przestraszonego napuszonego kota, który na nią zasyczał i czmychnął w swoją stronę. Jego również zignorowała. Ale
cienistej dłoni zaciskającej się na jej gardle już nie mogła zignorować.
Zaczęła się dusić, a słuchawki wypadły z jej uszu i zwisały na kablu wystającym
z kieszeni jej bluzy. Patrzyła rozszerzonymi szarymi oczami na przewyższający
ją o półtorej głowy cień. Próbowała pozbyć się jego dłoni ze swojej szyi. Cień
rzucił nią o ulicę, a jadący właśnie w tym momencie samochód przeniknął przez
nią. Przeszył ją chłód, próbowała złapać oddech. Cień zmierzył ją wyzywającym
spojrzeniem po czym się rozpłynął. Ona podniosła się, westchnęła, spuściła
wzrok i również rozpłynęła się cieniach, które rozbiegły się w różne strony,
lecz zmierzały do tego samego celu.
***
Ciemność. Tylko to widział.
Ciemność. Zatracał się w niej, nie mógł się wydostać. Spojrzał w górę, na
przesączające się przez lód światło księżyca. Ale przez lodową skorupę, która
zamykała go w podwodnych odmętach zobaczył coś jeszcze. Wielkie, piękne
niebieskie oczy pełne łez. Oczy, które kochał, ale one nigdy nie kochały jego…
-Jack, NIE ŚPIJ!!!- chłopak
zerwał się jak rażony piorunem, przez to wszystko jego laska oparta o kant
stołu uderzyła go w głowę. Syknął. Nie ma to jak głośny krzyk Mikołaja o
poranku… Chyba poranku…
-Nie śpię- burknął pod nosem.
Stojący przed nim North tylko skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na niego
kpiącym wzrokiem.
-Właśnie widzę.- podszedł do
niego i rzucił na stolik kolejną grubą książkę. W powietrze wzbiły się tabuny
kurzu. Białowłosy chłopak kichnął.
-Uzupełnienie kodeksu, masz to
wykuć na blachę.- Chłopak westchnął głośno. Mogli go ostrzec, że jak już
zostanie Strażnikiem to czeka go przebrnięcie przez sześć tysięcy stron męki,
nie wspominając o tomach uzupełniających do Kodeksu Strażników. Na dodatek
ciągłe ględzenie Northa w kółko o tym samym robi się okropnie nudne, tak nudne,
że krótka drzemka jest jedyna deską ratunku, z której Jack już nie raz
korzystał. Co dziwne od dłuższego czasu śni mu się w kółko to samo. Te oczy…
nie pamiętał ich, ale wydawały mu się dziwnie znajome…
-Znów nie uważasz.- stwierdził Mikołaj. Jack otrzepał bluzę z kurzu, wstał i podniósł swoją laskę. Stwierdził, że koniec tej męki na dziś.
-Uważam. Mówiłeś, że Strażnik Marzeń musi być bla bla bla bla bla- nawet się za siebie nie odwrócił tylko ruszył w stronę wielkich drewnianych drzwi. Już miał zamiar je otworzyć i przestąpić próg biblioteki, gdy koło głowy przeleciała mu jedna ze szpad Northa i wbiła się w drewno. Jack przełknął gulę.
-Mówiłem, że musisz być uważny, rozważny, kierować się Kodeksem, a przede wszystkim dobrem tych, których za zadanie mamy chronić. Dzieci. Jeśli przerasta cię wkucie kilku prostych zasad i utrzymanie nerwów na wodzy, to chyba przerasta cię również bycie Strażnikiem.- w jego głosie było słychać nutę goryczy, ale także powagę. Nawet nie wiedział jak jego słowa ubodły chłopaka. Posłał Northowi ostatnie spojrzenie i wyszedł z biblioteki trzaskając za sobą ciężkimi drzwiami.
***
Po jeziorze przebiegł jakiś cień. Elsa poderwała głowę i przyjrzała się temu dziwnemu zjawisku. Cień zatrzymał się na środku jeziora i pomachał w jej kierunku cienistą ręką jakby ją zapraszał do wejścia na lód. Po plecach Elsy przebiegły dreszcze strachu, a wichura przybrała na sile, jakby miała zamiar zamienić wszystko w pył lub zasypać góry ogromną warstwą śniegu. Zza jej pleców zaczęły wyłaniać się inne cienie, nie wyglądające już tak przyjaźnie jak ten pierwszy. Przypominały okropne groteskowe istoty, przerażające kreatury, które sunęły po ziemi w kierunku dziewczyny zbliżając się do niej coraz bardziej. Przerażenie w niej rosło, w miejscach chwilowego pobytu cieni wyrastały olbrzymie ostre kolce, lecz nie były w stanie zranić wciąż sunącego do przodu przeciwnika. Niewiele myśląc wbiegła na lód, cienie się zbliżały, a to była jej jedyna deska ratunku. Czekający na nią na środku jeziora cień zafalował zniecierpliwiony. Pozostałe błyskawicznie znalazły się przy niej otaczając białowłosą ciasnym ciemnym falującym i zmieniającym kształt pierścieniem. Stworzyła wokół siebie burzę śnieżną by odciąć się od napastników. Lecz cienie zaczęły łączyć się ze śniegiem otaczając ją wirem, który ją pochłonął...
niedziela, 15 lutego 2015
Prolog
Wiatr hulał, gałęzie drzew
uginały się pod jego naporem. Masa powietrza leciała dalej i wyżej by odbić się
o lodowe ściany samotnego pałacu na stoku góry. W jednej z lodowych komnat
białowłosa kobieta pochylała się nad lodowym biurkiem. Pisała coś na arkuszu
papieru. Jej wzrok biegał po dokumentach. Niektóre ustawy akceptowała inne nie.
Westchnęła gdy dotarło do niej, że powoli przestaje rozumieć to co czyta.
Odłożyła pióro i zgasiła małą świeczkę na biurku, która była jedynym
oświetleniem. Wstała i podeszła do okna.
Wiatr pędził śnieżynki za oknem,
a gwiazdy mrugały do niej. Księżyc skrył się za chmurami, ukrywając swoje
oblicze.
Elsa patrzyła na krajobraz za
oknem. Zima zbliżała się do Arendell wielkimi krokami, mimo że był dopiero
listopad w góry już były pokryte sporą warstwą białego puchu i to nie była
tylko zasługa zimy.
Od wydarzeń, które miały miejsce
po koronacji minęło kilka miesięcy. Wciąż trudno jej o tym myśleć… Prawie
zabiła… Jej dłonie zaczęły pokrywać się szronem. Zamknęła je, a później
otworzyła z powrotem, tak kilka razy. Przestała dopiero jak szron zaczął
znikać.
Nienawidziła zimy, może to trochę
dziwne jak na osobę z taką, a nie inna mocą, ale Elsa miała swoje powody by
nienawidzić tej pory roku.
Poprzedniego dnia wróciła z
pałacu królewskiego. Kilka dni po pewnych wydarzeniach zrzekła się korony, ale
wciąż pozostała królową regentką. Ludzie czasem bali jej się, niekiedy widzieli
w niej potwora, nie dziwiła się im. Sama postrzegała siebie jako potwora.
W dodatku nigdy nie chciała być
królową, jej to narzucono. Chciała być dobra w swojej roli, ale nic nie
zmieniało faktu, że tego sobie nie wybrała. Bycie królową to ciągłe
ograniczenia, a ten kto raz zakosztował prawdziwej wolności już nigdy nie
będzie chciał żyć w klatce, nawet nie wiadomo jak pięknej. Chciała oddać władzę
Annie i po części oddała, doradcy nie zgodzili się na nic więcej, bo młoda
księżniczką nie była gotowa na przejęcie pełni władzy. Dlatego Elsa wracała do
pałacu na kilka dni w miesiącu. Odwiedzała siostrę i Kristoffa, zamieniała
kilka słów z jej ulubioną służką Emmą by powrócić do swego lodowego zamczyska z
masą dokumentów do przejrzenia lub ustaw do uchwalenia.
Czasem tęskniła za życiem w pałacu
królewskim, najbardziej tęskniła za Anną. Jej siostra się zmieniła trochę
wydoroślała, nie jest już tym samym wiecznym dzieciakiem co kiedyś. Te kilka
dni to było mało, ale Elsa ceniła samotność i nie wybaczyłaby sobie, gdyby
jeszcze raz skrzywdziła Anię .
Gwałtownie odwróciła się od okna
gdy zobaczyła, że na szybie pojawia się szron. Westchnęła. Ruszyła ku drzwiom i
wyszła z jednej z komnat. Szła w dół kręconymi lodowymi schodami. Prawie
zaczęła biec, potrzebowała świeżego powietrza, potrzebowała ochłonąć. Wybiegła
za zewnątrz, a drzwi pałacu się za nią zamknęły. Wiatr siekł ją po twarzy, a
ona chwytała w płuca świeże, mroźne powietrze. Niskie temperatury nie robiły na
niej żadnego wrażenia, zawsze czuła się komfortowo na mrozie.
Zbiegła po lodowych schodach i
popędziła do doliny. Tego dnia zawsze brakowało jej tchu i zawsze przychodziła
w to samo miejsce.
Stopy w lodowych pantofelkach nie
zapadały się w śniegu, a skrząca suknia z lodowych odłamków powiewała targana
siłą pędu. Patrzyła przed siebie. Mijała szare skały, jodły i sosny, a wokół
niej szalała śnieżyca. Słyszała pohukiwanie sowy, gdzieś w oddali wyły wilki.
Gdy dotarła do małego jeziorka upadła na kolana i dotknęła dłonią tafli, która
pokryła się jeszcze grubszą warstwą lodu. Nienawidziła tego miejsca, tak samo
jak nienawidziła zimy, ale i tak przychodziła tu co roku.
Gdy była w pałacu spacerowała z
Anną rozmawiając o błahostkach, nigdy wcześniej nie miały szans na takie nic
nie znaczące rozmowy. Zagapiły się wtedy i wpadły prosto na Kristoffa, a z jego
kieszeni wypadło małe pudełeczko. Chłopak zarumienił się i już sięgał po
pudełeczko, lecz Anna była szybsza. Jak tylko je otworzyła wydała z siebie tak
głośny pisk pełen radości, że chyba całe Arendell ją słyszało potem rzuciła się
na Kristoffa i ucałowała z taką mocą, że nie da się tego opisać słowami. Po
czym zaczęła piszczeć „tak” nawet nie dając chłopakowi szansy uklęknąć, a co
dopiero zapytać. W pudełeczku bowiem znajdował się złoty pierścionek z
brylantowym oczkiem otoczony mniejszymi szafirami. Elsa nigdy jeszcze nie
widziała Anny tak szczęśliwej. Siostra królowej regentki rzuciła się na
ukochanego, a ten zamknął ją w objęciach. Elsa cieszyła się z radości siostry,
ale jednocześnie czuła w sercu ból i delikatne uczucie zazdrości, bo ona nie ma
i nigdy nie będzie mieć kogoś takiego jak Kristoff i nigdy nie przeżyje
radości, równej radości Anny. Ania- kiedy już ochłonęła- powiedziała Elsie by w
końcu zaczęła żyć i może wtedy sama doczeka się zaręczyn. Oczywiście nie miała
nic złego na myśli, chciała po prostu by jej siostra była szczęśliwa. Nie
wiedziała, nie miała prawa wiedzieć, że kiedyś Elsa wyrwała się ze swoich zamkniętych
komnat i „zaczęła żyć”, ale nic dobrego z tego nie wynikło.
Białowłosa była w lodowym pałacu
tylko po to by zabrać swoje rzeczy, bo Anna udusiłaby ją gdyby opuściłaby ją w
tak ważnej dla niej chwili. Elsa cieszyła się, że więcej czasu będzie spędzać z
siostrą, w kontrolowaniu swojej mocy była coraz lepsza, ale bała się… Bała się,
że znowu skrzywdzi siostrę. Bała się, że to wszystko umknie jej spod kruchej
kontroli. Jednak był jeszcze jeden powód dlaczego nie za bardzo chciała przedłużać
swojego pobytu w stolicy. Nie mogłaby patrzeć na szczęście siostry, nie
dlatego, że się nie cieszyła i broń Boże nie dlatego, że nie chciała by Anna
była szczęśliwa. Chciała tego i to bardzo… ale nie mogła by patrzeć na to nie
przypominając sobie tego co straciła.
Burza uczuć dziewczyny wywołała burzę na zewnątrz. Drzewa pokrywały się
szronem, a zamieć szalała niszcząc warkocz Elsy, lecz ta tylko wpatrywała się w
zamarzniętą taflę jeziora zagłębiona w rozmyślaniach.
Nagle coś zaszeleściło w
krzakach. Dziewczyna gwałtownie się poderwała wystraszona i uniosła rękę w
obronnym geście. W miejscu skąd dobiegał hałas wyrosły wielkie, ostre,
pochylone, lodowe kolce. Wystraszony lis uciekł w popłochu. Kolce tylko go spłoszyły
nie zrobiły mu krzywdy, bo był wystarczająco mały, ale gdyby na jego miejscu
stał człowiek… Elsa nawet nie chciała o tym myśleć, zamknęła dłonie i
przyłożyła do serca, głęboko oddychając. Jej zdolności znowu zaczynały ją
przerażać.
A strach białowłosej sprawiał, że
szron, który wcześniej pokrywał okoliczne drzewa zaczął zamieniać się w długie
lodowe kolce, a zamieć stawała się coraz bardziej groźna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)